Ta, która nie wiedziała

Była kobietą, która nie wiedziała,

że każdego dnia ratuje czyjś świat.

Nie nosiła skrzydeł,

nie składała wielkich obietnic,

nie mówiła, że zostanie bohaterem.

Po prostu była.

Miała oczy,

w których można było na chwilę zapomnieć,

ile razy życie próbowało człowieka złamać.

Tak piękne,

jakby ktoś zamknął w nich cały spokój,

którego od lat szukałem w niewłaściwych miejscach.

A jej uśmiech…

jej uśmiech potrafił rozświetlić nawet dzień,

który od samego rana nie dawał żadnego powodu,

żeby chcieć go przeżyć do końca.

Nie wiedziała, że kiedy się uśmiechała,

coś we mnie na chwilę przestawało boleć.

Że świat stawał się trochę mniej ciężki,

a ja trochę bardziej przypominałem samego siebie.

Nie wiedziała też,

że jej głos był dla mnie czymś więcej niż dźwiękiem.

Był ciszą pośród chaosu,

którego nikt poza mną nie słyszał.

Był dłonią położoną na ramieniu,

chociaż dzieliły nas kilometry.

Był ciepłem w miejscu,

w którym od dawna mieszkał tylko chłód.

Czasami wystarczało jedno jej słowo,

jedna wiadomość, jedno zwykłe „hej”,

żebym na chwilę przestał tonąć

we własnych myślach.

Nie musiała mówić, że mnie uratuje.

Ratowała mnie samym tym,

że pamiętała, że istnieję.

Dawała miłość,

nawet jeśli sama nigdy tak tego nie nazywała.

W sposobie, w jaki pytała, czy wszystko dobrze.

W tym, jak potrafiła słuchać.

W jej głosie, który nie naprawiał mojego życia,

ale sprawiał, że chciałem jeszcze chwilę z nim walczyć.

Nie wiedziała,

że kiedy cały świat wydawał mi się pusty,

ona była jednym z niewielu miejsc,

w których nadal coś czułem.

Że kiedy przestawałem poznawać samego siebie,

rozmowa z nią powoli sprowadzała mnie z powrotem.

Nie była lekarstwem.

Nie była odpowiedzialna za moje rany.

Nie miała obowiązku składać mnie z kawałków.

A jednak robiła to nieświadomie,

każdym śmiechem,

każdym drobnym gestem,

każdą chwilą, w której pozwalała mi być obok.

Naprawiała mnie każdego dnia,

choć to nigdy nie ona mnie zniszczyła.

Zszywała rany, których nie zadała,

uciszała ból, którego nie wywołała,

i zbierała kawałki człowieka,

którego inni zostawili rozsypanego na ziemi.

Nie pytała, kto doprowadził mnie do tego stanu.

Nie żądała wyjaśnień za każdą bliznę.

Po prostu pojawiła się w miejscu,

w którym dawno przestałem oczekiwać dobra,

i samą obecnością pokazała mi,

że nie każdy człowiek przychodzi po to,

żeby zabrać ze mnie kolejną część.

Nie miała obowiązku mnie ratować,

a jednak jej głos sprawiał,

że chciałem jeszcze raz spróbować

poskładać siebie od początku.

Nie dla niej.

Nie po to, żeby coś jej udowodnić.

Tylko dlatego, że przy niej po raz pierwszy od dawna

zaczynałem wierzyć,

że może jeszcze zostało we mnie coś,

co naprawdę warto ocalić.

Była kobietą,

która nie wiedziała, jak wiele znaczy.

Jak bardzo potrafi uciszyć burzę

samą obecnością.

Jak jej piękne oczy przypominają,

że na świecie nadal istnieją rzeczy,

dla których warto otworzyć swoje własne.

Może nigdy nie dowie się,

ile razy uratowała moją codzienność,

nie robiąc właściwie nic niezwykłego.

Może nigdy nie zrozumie,

że w najgorszych dniach

jej głos był dla mnie światłem,

które nie wyciągało mnie od razu z ciemności,

ale pokazywało, że wyjście nadal istnieje.

I chyba na tym polegało jej piękno.

Nie na oczach,

choć mógłbym patrzeć w nie bez końca.

Nie na uśmiechu,

choć potrafiłby rozbroić nawet największy smutek.

Nie na głosie,

choć dawał mi więcej ciepła niż tysiące ramion.

Jej prawdziwe piękno było w tym,

że nie wiedząc o niczym,

każdego dnia ratowała człowieka,

którego nigdy nie skrzywdziła,

naprawiała serce, którego nigdy nie złamała,

i uczyła go ponownie czuć,

chociaż to nie ona odebrała mu uczucia.

Ratowała człowieka,

który powoli przestawał wierzyć,

że jeszcze da się uratować.

Janusz Ostróżka